Hel Riders 2025 – klasykiem na Półwysep z przygodami

Złe miłego początki…

Bardzo się cieszyłem na możliwość udziału w tym wydarzeniu. W kilkoro znajomych z Porsche Club Polska skrzyknęliśmy się, że pojedziemy klasykami na Półwysep Helski, by wziąć udział w IV edycji Hel Riders.

Przygotowałem moją srebrną 993 cabrio – bo to jedyny oczywisty wybór na taki event – i ruszyłem w drogę. Niestety, po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów podróż zakończyła się… rozerwaną oponą, dzięki uprzejmości zardzewiałego kawałka metalu na łącznicy DK86 z S1 pod Siewierzem. Winna: GDDKiA.

Dobrze, że była zwężka i jechałem wolno. Strach pomyśleć, co by było przy 120 km/h… Na szczęście laweta z PZU Assistance pojawiła się sprawnie. Mniej sprawnie – patrol policji, który kazał na siebie czekać 45 minut. Decyzja: z powrotem do Tychów, nowe opony w Halgumie czekały na mnie już o 14:00. O 14:30 byłem znów w trasie – z 6-godzinnym opóźnieniem, ale jednak!

Pogoda? Lało jak z cebra.

Do Władysławowa dotarłem około 20:30. Szybki check-in, bagaże i jazda do portu rybackiego w Jastarni, gdzie czekały już zlotowe klasyki. Na premierę filmu „Surfari” w kinie Żeglarz niestety się nie załapałem – brakło 30 minut. Ale nie ma tego złego – razem z ekipą ruszyliśmy na kolację do bazy: Chałupy 6. Auto zostawiłem na boisku do kosza (tzw. żółta strefa). Zdjęcie z tego miejsca z moją 993 pojawiło się jako główne w artykule o Hel Riders w najnowszym Classic Auto 😎


Sobota – klasykiem przez Kaszuby

7:30 śniadanie, potem szybki przejazd do bazy Hel Riders. Punktualnie o 9:11 odprawę rozpoczyna Tomek Staniszewski z P-Series. Trasa? Przepiękne, kręte drogi Kaszub. Styl? Na czas, ale z głową – najważniejsze jest bezpieczeństwo.

„BEZPIECZNA jazda to podstawa dobrej zabawy” – Tomek Staniszewski

Nasza załoga? Ja w „srebrnej strzale”, Grucha w 964 America Roadster (Lavender Blue Metallic!) i Stary Mata w cudnym 928. Dwa kabriolety i klasyk z „Risky Business” – czy można chcieć lepszego składu?

Trasa prowadziła przez Łebcz, pałac w Kłaninie i Krokowej, jezioro Żarnowieckie, aż do Cisowego Zakątka na obiad. Pogoda zaczęła płatać figle, ale gorąca zupa jedzona w kolejce smakowała świetnie. Drugiego dania nie starczyło, ale… zostały buraczki i wege gulasz, a wcześniej pyszne ciasto. Kalorie się zgadzają!

Powrót przez Łętowo, Strzebielinek, Połczyno, Puck – i do Władysławowa. Krótki relaks, basen, kolacja i… pociągiem (!) wracam na koncert Krystyny Prońko i Andrzeja Dąbrowskiego w Chałupach.

Ale zanim koncert – biforek u Gruchy 🍷 i wpadka na dwóch braci z Biłgoraja – właścicieli cudnej 964. Mega pozytywni pasjonaci wiatraków!

Koncert? Sztos. Pani Krystyna w niesamowitej formie, Pan Andrzej wciąż z klasą i humorem. Pokolenia śpiewają razem „Jesteś lekiem na całe zło”. Magia.

A potem… celebryci i internet. Patryk Mikiciuk w „kocu indiańskim” pokazuje Ferrari 400GT i 996 „Sally”. Ale prawdziwą furorę robi Marko Szwarc w Formułce VEE – jego auto pojawi się w zapowiedzi Hel Riders 2026 🎬

Sobota kończy się około 1:30 w niedzielę.


Niedziela – gofry i pożegnanie z półwyspem

Poranek z widokiem na morze i… kultowy gofr „ze wszystkim” na plaży we Władku. Kawa, słońce, zero krzyków – tylko chillout.

Ale festiwal nadal trwa! Chałupy 6 tętnią życiem. Na miejscu można zobaczyć:

Wprawne oko wypatrzy też projekt Marco, o którym jeszcze będzie głośno.

Niestety – wszystko, co dobre, szybko się kończy. 7 godzin do Tychów to jednak nie przelewki. Ruszam około 14:00. Oczywiście: deszcz, objazdy, A1 przez Gniew… Ale ten klimat przypomina mi rodzinne wakacje maluchem do Karwii. I to też ma swój urok.

Z Galicyjskim spokojem… czyli weekend z Pasją Porsche

Trzeci rok z rzędu przełom maja i czerwca spędzamy we wspaniałym towarzystwie Pasjonatów Porsche w rejonie szeroko pojętej Galicji.

Tym razem już w czwartek zjechaliśmy do pachnącego jeszcze nowością (byliśmy pierwszymi gośćmi) ośrodka wypoczynkowego Czarna Chata Luxury Resort nad jeziorem Klimkówka. I od razu przetestowaliśmy jego strefę SPA: basen z orzeźwiającą wodą, wygodne jakuzzi i strefę saun 🙂 To był idealny relaks po blisko 3 godzinach dojazdu – chociaż akurat nasza Panamera jest super wygodnym samochodem na długie podróże.

Piątek to dzień „samochodowy”, tak więc punktualnie o 9:28, a może 9:44 🙂 ruszyliśmy malowniczymi drogami do pierwszego miejsca do dzisiejszych odwiedzin tzn. ośrodka edukacyjnego Magurskiego Parku Narodowego w Krępni. Tu zostaliśmy podzieli na dwie grupy: jedna brała udział w multimedialnym seansie prezentującym jak zmienia się park w ciągu czterech pór roku, a druga w tym czasie zwiedzała muzeum. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie pieczołowitość z jaką została przygotowana wystawa, ale wisienką na torcie było gniazdo orła które można było podziwiać z bliska.

Ponieważ trasa dojazdowa i zwiedzanie zajęły sporo czasu to udaliśmy się na posiłek do położonej niedaleko Bacówki Polany. Serwowane w niej lokalne specjały przeszły nasze najśmielsze oczekiwania, a dopisująca pogoda zachęciła do chillu na sporym zielonym terenie wokół restauracji. Powrót zaplanowany został przez Słowację, gdzie w miejscowości Beherov 🙂 zrobiliśmy zakupy lokalnych specjałów. Po wieczornej kolacji zaczęła się nieformalna impreza – była oczywiście muzyka, tańce i wino. Impreza skończyła się około 23.00, gdyż rano mieliśmy zaplanowany dzień „autokarowy”.

Sobota, ostatni dzień maja. O 9:11 , a może 9:24 🙂 rozzuliśmy wszyscy wspólnie w podróż autokarową. A plan przygotowany przez organizatora był bardzo bogaty. Na pierwszy „ogień” poszedł Kasztel w Szymbarku oraz zlokalizowany nieopodal Skansen Wsi Pogórzańskiej prezentujący życie ludności w dawnych czasach. Mi szczególnie spodobała się izba poświęcona działaniom wojennym na tym terenie podczas I Wojny Światowej, a także kolekcja ciekawych rzeźb w parku okalającym Kasztel.

Kolejny punkt programu, a jakże miałby być inaczej to: winnica. A konkretnie Winnica Dwie Granice, o której właściciele piszą tak: „Winnica Dwie Granice została założona z myślą o tym, aby być częścią odrodzenia polskiego winiarstwa i enoturystyki. Jesteśmy dumni, że bierzemy w tym udział. Pragniemy, aby enoturystyka stała się popularną formą spędzania wolnego czasu. Istniejemy, aby promować kulturę picia wina i szerzyć szacunek do tego trunku w społeczeństwie. Dążymy do tego, aby odwiedzali nas Klienci różnych narodowości i aby nasz produkt był kojarzony z wysoką jakością. Pragniemy, aby nasze wino było produktem premium. Każde z naszych win jest unikalne i stanowczo mówimy „nie” produkcji masowej. Nasi pracownicy to pasjonaci wina i swojej pracy. „. Po oprowadzeniu przez mistrza winiarstwa po części „produkcyjnej” rozpoczęła się właściwa degustacja w towarzystwie lokalnych serów. Prezentowane wina (głównie czerwone) nie koniecznie przypadły mi do gustu z racji mojej alergii więc kupiliśmy na własną rękę białe wino i poprosiliśmy o „prywatną” prezentację. Wina okazały się dobrej jakości, a kupione specjalnie dla mojego syna wino czerwone zostało przez niego ocenione „jako jedno z najlepszych czerwonych win z Polski jakie pił w życiu”! No tak, ale wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć 🙂

Nasz kolejny punkt to odwiedziny … cmentarza, a konkretnie 60-tego cmentarza wojennego na przełęczy Małastowskiej (604 m.n.p.m.) Ktoś mógłby zapytać po co odwiedzać cmentarz wojenny? Otóż jest on przykładem kilkudziesięciu (a może kilkuset?) tego typu miejsc w tym rejonie Polski o bardzo ciekawym układzie urbanistycznym. „Cmentarz znajduje się przy drodze z Gładyszowa do Gorlic na Przełęczy Małastowskiej na którą prowadzą malownicze serpentyny. Projektował go D. Jurković. Głównym akcentem cmentarza jest drewniany ołtarz z kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Ogrodzenie cmentarza zbudowane jest z bali drewnianych. Pochowanych jest tu 174 Austriaków.”

To był tylko przystanek w drodze do Stadniny Koni Huculskich w Gładyszowie. To największa w Polsce (a może i na świecie) tego typu jednostka. W trakcie odwiedzin mieliśmy okazję poznać historię tego miejsca, odwiedzić bogate izbę pamięci, ale także stajnie (nawet niektóre z osób karmiły konie). Następnie udaliśmy się na posiłek – cóż jak do tej pory mieliśmy już sporo atrakcji, a wizyta w winnicy tylko zaostrzyła nasze apetyty. Oczywiście były serwowane dania lokalne typu: war z pierogiem mięsny czy kartacze z mięsem 🙂 Myśleliśmy, że to już koniec atrakcji na dziś, ale…

Ostatnim przystankiem była Cerkiew Św. Paraskiewy w miejscowości Kwiatoń . To dawna łemkowska cerkiew greckokatolicka należącą do najlepiej zachowanych tego typu obiektów łemkowskich w Polsce. . Obecnie używana jako kościół filialny parafii rzymskokatolickiej w Uściu Gorlickim. Przed budynkiem czekał na nas społeczny przewodnik – pasjonat który godzinami mógłby opowiadać o historii tej ziemi i jej dawnych mieszkańców. Wnętrze cerkwi / kościoła jest zachowane w bardzo dobrej kondycji, a polichromie są bardzo bogate. Ich znaczenie szczegółowo objaśnił nam pan Przewodnik. Dobrze, że nasz kierownik wycieczki – Krzysztof zwany Kulczykiem panował nad czasem, bo mielibyśmy problem wrócić na czas do naszego ośrodka, gdzie czekała na nas niespodzianka 🙂

Niespodzianka to wspaniały grill i ognisko pożegnalne – cóż jest czas rozstań, ale z większością uczestników tego zlotu widzimy się przecież za 4 tygodnie na dworcu we Wiedniu skąd wyruszymy na podbój alp Francuskich, Lazurowego Wybrzeża i Monte Carlo 🙂

PS. Premierę w naszym towarzystwie miało też … lazurowe Ferrari California T. Bardzo ładny wóz. Będzie z nami również we Francji – ciekawe jak się spisze na krętych alpejskich przełęczach?

Podlasie Classic 2025 – pierwszy Cayenne wśród klasyków!

Dzień zakupu – i od razu 600 km do Białowieży

Tegoroczna III edycja Podlasia Classic była dla mnie absolutnie wyjątkowa. Do Białowieży przyjechałem świeżo kupionym Porsche Cayenne 957 – i to dosłownie tego samego dnia! Rano odebrałem pozytywną opinię od Tomka „Białego” z Auto Technika w Kędzierzynie-Koźlu, podpisaliśmy umowę, zabrałem rodzinę i ruszyliśmy w trasę – prawie 600 km w jedną stronę. – auto kupione z przebiegim 187.270 km.

To był najlepszy sposób na „chrzciny” nowego auta – pierwsze kilometry od razu w klubowej atmosferze.

Cayenne – klasyk czy nie?

To pierwszy raz, gdy Cayenne wziął udział w zlocie klasycznych Porsche jako pełnoprawny uczestnik. Wiem, że budzi to kontrowersje – w końcu Cayenne jest wciąż widywane na ulicach jako codzienne auto. Ale oficjalna strona Porsche Classic nie pozostawia wątpliwości: Cayenne 957 ma status klasyka.

Czy to za wcześnie? Może tak. Ale w Białowieży przyjęto go bardzo serdecznie, a ja sam czułem, że wśród 911 i 928 wygląda całkiem na miejscu – w końcu to kawał prawdziwego Porsche.

Sobota pełna wrażeń i licytacja z sercem

Zlot był prawdziwą ucztą dla duszy – Puszcza Białowieska, spotkanie z żubrami, klimatyczne drogi przez Krainę Otwartych Okiennic i popołudniowa trasa przez zalew Siemianówka.

Wieczorem czekał nas bankiet w sali kominkowej, a DJ Waldi grał do 2:00 w nocy – trochę go wspomogłem, bo dawno nie było takiej imprezy.

W trakcie bankietu, razem z Andrzejem „Andruszką” – organizatorem wydarzenia – poprowadziliśmy tradycyjną aukcję charytatywną na rzecz Adama Jerozolimskiego #WalczAdam. Klubowicze stanęli na wysokości zadania i udało się zebrać naprawdę solidną sumę pieniędzy.

Wisienka na serniku – wagon Ferdinanda Porsche

Niedzielny poranek zakończył ten weekend w prawdziwym stylu. Prawdziwą wisienką na serniku była kawa i wyśmienity sernik serwowany specjalnie dla nas w wagonie-salonce zaprojektowanej przez Ferdinanda Porsche. Taka podróż w czasie – elegancja, historia i wyjątkowy klimat.

Pierwszy weekend z Cayenne – 1200 km bez problemu

Mój nowy Cayenne 957 spisał się na medal. W pierwszy weekend zrobiłem nim ponad 1250 km bez żadnej awarii. Komfort, pewność prowadzenia i to typowe „porsche’owe DNA” sprawiły, że od razu poczułem, iż to świetne uzupełnienie mojej kolekcji.

Czy Cayenne zasługuje na miano klasyka? Dla mnie – po tym wyjeździe – zdecydowanie tak.

Industrialne śniadanie PCP – Rudy Raciborskie


Śniadanie u cystersów i parowozowa przygoda – nasz dzień w Rudach

To był dzień, który pachniał świeżymi bułkami, smarem z lokomotywowni i… kiełbaskami z ogniska. Start o 10:00 – spotykamy się na dziedzińcu Opactwa Cysterskiego w Rudach. Tam czeka na nas ks. Piotr ze śniadaniem, które smakuje tak, jakby ktoś właśnie włączył tryb „najlepszy początek dnia ever”. Kawa, jajecznica, croissanty, a hitem okazał się tradycyjny śląski kołoc na maśle – taki, że palce lizać!

Chwilę po 11:00 nasze auta zostają na parkingu, a my przenosimy się w kolejarski świat. Stacja wąskotorowa w Rudach wygląda jakby zatrzymała się w czasie, a impreza „Kolejarski fach” jest zrobiona tylko dla nas. Serio, kto z nas wiedział wcześniej, jak działa zwrotnica albo jakie sygnały daje maszynista w trakcie manewrów?

A największy hit? Najstarszy elektrowóz Siemensa z 1896 roku! Tak, ten dziadek kolejnictwa wciąż robi wrażenie, a historia, którą opowiada przewodnik, sprawia, że zaczynasz patrzeć na pociągi trochę inaczej.

I wtedy przyszła pora na zawody na drezynach. Świetnie bawiliśmy się podczas sprawnościowych rywalizacji – zarówno dorośli, jak i dzieci dali z siebie wszystko. Okazało się, że pompowanie drezyny to prawdziwy sport i chyba nikt nie przypuszczał, że tak można się zmęczyć… i ubawić jednocześnie. Tytuł „Najlepszej Drużyny Parowozowej” był do wzięcia, więc emocje były jak na torze wyścigowym (tyle że w tempie „slow ride”). Nagrody dla najlepszych 3 drużyn zostały ufundowane tradycyjnie przez Porsche Club Poland.

A jako dodatkowa niespodzianka – mogliśmy zajrzeć do świata kowala! Dzieciaki z zachwytem oglądały, jak powstają metalowe ozdoby, a kilkoro z nich nawet miało okazję sprawdzić, jak ciężkie są prawdziwe młotki kowala.

Na koniec – klasyka: ognisko, kiełbaski, ciepła herbatka i rozmowy, które mogłyby trwać do wieczora. Dzieci wyszły z gwizdkami – obowiązkowy gadżet każdego małego kolejarza. (Rodzice już wiedzą, że to będzie hit w aucie przez całą drogę powrotną… i może jeszcze tydzień w domu 😉).

Po 16:30 kończymy dzień, ale w głowie zostaje to uczucie, że cofnęliśmy się o sto lat, a przy okazji spędziliśmy czas tak, jak trzeba – na luzie, z dobrą ekipą i dużą porcją śmiechu.

Otwarcie sezonu PCP 2025 – mój pierwszy raz jako członek Zarządu

W miniony weekend miałem przyjemność wziąć udział w otwarciu sezonu Porsche Club Poland 2025 – tym razem w zupełnie nowej roli. To był mój pierwszy oficjalny zlot jako członek Zarządu klubu PCP. Wsiadłem w mojego klasycznego Porsche 993 Cabrio i ruszyłem do Kielc, gdzie czekał na nas intensywny i pełen wrażeń program.

Skupiłem się na części turystycznej, więc tym razem nie wjechałem na tor ani nie uczestniczyłem w aktywnościach dedykowanych kobietom. I powiem Wam – wcale nie żałuję, bo sobota i niedziela były wypełnione wrażeniami po brzegi.

Sobota rozpoczęła się od przejazdu z Kielc do Podzamcza, gdzie odwiedziliśmy Dwór Starostów Chęcińskich oraz Centrum Nauki Leonardo da Vinci – idealne miejsce, by choć na chwilę przenieść się w świat eksperymentów i historii. Potem krótka przerwa obiadowa na Torze Kielce, który na co dzień aż kusi, żeby wyjechać na nitkę, ale tym razem poprzestałem na rozmowach z klubowiczami i podziwianiu aut.

Po południu ruszyliśmy do Muzeum Orła Białego w Skarżysku Kamiennej. To miejsce ma niesamowitą atmosferę – a ja miałem dodatkową frajdę, bo mogłem zasiąść w kokpicie samolotu i poczuć się jak pilot z filmu „Con Air”. Dzień zakończył się wspólnym zdjęciem na torze i krótką trasą leśną, a wieczorem w hotelu była już tylko dobra zabawa, kolacja i tańce przy DJ-u do późnej nocy.

Ogromną niespodziankę sprawił nam tego dnia nasz kolega klubowy Krzysztof „KIMBEX”, który przyjechał na zlot wyjątkowym Porsche Marsien od tunera Gemballa. Ten samochód robi kosmiczne wrażenie – miałem nawet okazję usiąść za jego kierownicą, co było dla mnie jednym z największych highlightów całego wyjazdu.

Niedziela przyniosła spokojniejszy rytm. Po wyjeździe z hotelu odwiedziliśmy Zamek w Szydłowcu, gdzie mieści się Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych. Niesamowite miejsce – pełne historii i dźwięków, których na co dzień się nie słyszy.

Dla mnie to wydarzenie było wyjątkowe z kilku powodów. Po pierwsze, mogłem spotkać się z klubowiczami w roli członka Zarządu i porozmawiać o planach na cały sezon. Po drugie – mój 993 Cabrio po raz kolejny udowodnił, że klasyk może świetnie odnaleźć się w turystycznych trasach i wzbudzał ogromne zainteresowanie, gdziekolwiek się zatrzymałem.

Ten weekend dał mi sporą dawkę energii i przypomniał, dlaczego kochamy nasze Porsche – to nie tylko samochody, to styl życia, spotkania i emocje, których nie da się kupić.

II Zimowy Zlot Porsche

Idąc za ciosem, Arek zorganizował również w tym roku „Zimowy Zlot Porsche”, chociaż tym razem przypadł on … na pierwszy dzień wiosny 🙂

Impreza rozpoczęła się około godzimy 18.00 w piątkowy wieczór wspólną wizytą w nowym oddziale firmy MS Lab w Pszczynie. Nasz klubowy kolega „KOKOS” zaprosił nas, by przy kawie i smacznym cieście (sernik baskijski to było niebo w gębie) pokazać nam jakie cuda wyprawiają w jego nowym oddziale ulokowanym przy trasie DK1. Mieliśmy okazję nie tylko podziwiać wysmakowane 911-ki przygotowane do sprzedaży, ale również zajrzeć na zaplecze. Tam podziwialiśmy między innymi jedyny na świecie egzemplarz Lamborghini w specjalnym kolorze, czy serwisowane akurat „wiatraki” lub przygotowywane na specjalne zamówienie wnętrze Abarth’a 500.

Po kolacji w hotelu Styl’90 – Arek rozdał uczestnikom okolicznościowe zestawy zawierające m.in.: czapeczkę zlotową, numery startowe, a także opis prób Ocen Techniki Jazdy (OTJ) które mieliśmy do wykonania następnego dnia.

W sobotę, po śniadaniu każda załoga dostała dwa arkusze pytań: jeden dotyczył historii motoryzacji, a drugi zasad ruchu drogowego – mieliśmy minutę na każdy!.

Po wspólnym pamiątkowym zdjęciu, załogi przystąpiły do wykonywania 4 prób OTJ na precyzję. Następnie uformowaliśmy kolumnę Porsche, którą udaliśmy się na kawę i śląskie kołocze do warsztatu Auto Dusza Motorsport w Mikołowie. Rafał – znany klubowicz PCP – zaprezentował nam swoje królestwo. Składa się ono nie tylko z bardzo dużej części związanej z obsługą napraw mechanicznych, ale również z własnej lakierni i zakładu blacharskiego. Mieliśmy okazję podziwiać wspaniałe maszyny przygotowywane na różnego rodzaju wyścigi, a także zdobyte dosłownie dzień wcześniej trofeum z I miejsce w wyścigu na Silesia Ring 🙂 Gratulacje! Wywiad z Rafałem możecie przeczytać na stronach PCP – serdecznie zapraszam.

Tutaj też została rozegrana ostatnia próba sprawnościowa OTJ – precyzyjne strącanie tyczki (oczywiście zaliczyłem ją celująco :)).

W małych grupach udaliśmy się do Zabrze, gdzie o godzinie 13.00 czekali na nas przewodnicy zabytkowej kopalni „Guido” by na poziomie 320 (metrów pod powierzchnią) przybliżyć nam nie tylko historię tej kopalni, ale również przemysłu wydobycia węgla kamiennego na Śląsku. Atrakcją była przejażdżka podwieszaną kolejką, a także prezentacja działania licznych maszyn górniczych, jak np. kombajnów czy pracy obudowy kroczącej.

Oczywiście taka „szychta na grubie” wzmogła apetyt u wszystkich i wspólnie się udaliśmy się na fajrant 🙂

Wracając po posiłku do hotelu miałem okazję nieco przewietrzyć turbinę na autostradzie A4:) Oj chociaż to auto ma 20 lat to dalej jest piekielnie szybkie…

Po przyjeździe do hotelu czekała na nas ostatnia próba tzw. „macanki”. Nie było łatwo, ale osiągnęliśmy wynik 50%, który uważam za bardzo przyzwoity.

Oczywiście jak każdy pożądny zlot nie obyło się bez serwisu. Tym razem pomoc koleżeńska przydała się w rozwiązaniu problemu z układem chłodzenia w jednym z transaxli. Dzięki wiedzy i znakomitemu wyposażeniu warsztatowemu, problem udało się rozwiązać i samochód mógł następnego dnia bezpieczenie wrócić na własnych kołach do Wielkopolski.

Wieczorem odbył się „dansing w stylu lat 70’tych”. Zostały rozdane nagrody dla zwycięzców zawodów, a osoba w najlepszym przebraniu została uhonorowana „super expresem do kawy”.

W niedzielę, jako postscriptum zwiedzaliśmy Muzeum Zamkowe w Pszczynie. Pani Marta, nasza przewodnicza, w sposób nadzwyczajny przedstawiła nam historię zamku/pałacu, a w szczególności losy ostatnich jej właścicieli – rodziny von Pless.

Dla nas zlot zakończył się wspólnym obiadem w Wiejskiej Karczmie w Jankowicach – niedaleko zagrody żubrów, których historię sprowadzenie poznaliśmy podczas zwiedzania zamku.

Industrialne śniadanie w… kopalni?

Wracam do organizacji sobotnich spotkań entuzjastów Porsche w ramach „industrialnych śniadań” w sprawdzonej formule: przez żołądek do serca 🙂

15 marca o 10.00 kilkadziesiąt osób spotkało się wspólnie w restauracji hotelu Shuma nad jeziorem Pogoria w Dąbrowie Górniczej by wspólnie zasiąść do wspólnego śniadania. Na parkingu ustawiło się kilkanaście modeli Porsche reprezentujących praktycznie wszystkie linie modelowe i rodzaje zasilania. Były transaxle (928, 944, 944S2), wiatraki (obchodząca w tym roku pięćdziesięciolecie 912 i zjawiskowa 965 Turbo), „kanalizy”: 996, 997 i 991, liczna grupa Boxsterów 718, a nawet Porsche diesel (Cayenne) i ultranowoczesny Taycan (EV).

Po smacznym śniadaniu udaliśmy się do Muzeum „Sztygarka”. Tam podzieleni na dwie grupy (białą i czerwoną) rozpoczęliśmy zwiedzanie. I grupa – jedyną czynna w Polsce „kopalnię ćwiczebną, a II grupa – muzeum miejskie. Panowie przewodnicy przybliżyli na bardzo interesująca historię Zagłębia na przestrzeni ponad tysiąca lat, a także realia pracy w kopalni węgla kamiennego. Biorąc pod uwagę, iż gościliśmy osoby nie tylko ze Śląska, ale również z Mazowsza, Małopolski, Opolszczyzny i Podbeskidzia – dla wielu z nich był to pierwszy kontakt w życiu z taką atrakcją.

Impreza zakończył się planowo około godziny 14.00, chociaż kilka załóg dotarło do domu grubo po 18:30 odwiedzając pod drodze jeszcze „garaż pełen perełek” naszego klubowego kolegi 🙂

Każda załoga otrzymała zestaw powitalny: pamiątkową naklejkę i gadżety od Porsche Club Poland.

Kolejna impreza planowana jest na ostatnią sobotę kwietnia br w Rudach.

9/11 a w dodatku środa to musi być przeznaczenie!

Ktoś zapyta i co z tego, że w tym roku 11 września wypadł akurat w środę?!

Już spieszę z odpowiedzią. Fundacja Youngtimer Warsaw właśnie w środy organizuje cykliczne spotkania pasjonatów klasycznej motoryzacji na błoniach stadionu PGE Narodowy we Warszawie. 11 września, lub jak ktoś woli 9.11 wypada w tym roku właśnie w dzień organizacji tego cyklicznego spotkania.

Jako iż data jest jednoznaczna tzn. każdemu maniakowi motoryzacji kojarzy się z Porsche 911 to jako Porsche Club Poland zostaliśmy zaproszeni do zaprezentowani klasycznych (tych bardziej i tych trochę mniej) „jedenastek” w specjalnej strefie.

Tym razem również mi udało się być w tym dniu w stolicy i po raz pierwszy wziąć udział w tym wydarzeniu prezentując moją 911 (996) Turbo w specjalnej strefie klubowej. Obok mnie zaparkowało ponad pięćdziesiąt pojazdów reprezentujących różne generacje i wersje nadwoziowej Porsche.

Na imprezie zjawiło się ponad pół tysiąca samochodów, a liczba zwiedzających grubo przekroczyła kilka tysięcy.

Luftgekühlt Kopenhaga – 4 x P

Pociąg, Prom, Porsche, airPlane – dokładnie w takiej kolejności podróżowałem na i z imprezy w Danii 🙂

Najpierw podróż pociągiem relacji Tychy – Gdynia. Następnie przesiadam się do pięknej 964 by za chwilę, w towarzystwie kilku pięknych Porsche chłodzonych powietrzem zaokrętować się na promie relacji Gdynia – Karlskrona (Szwecja). Nocna podróż, wczesne śniadanie, badanie alkomatem kierowców przez szwedzką policję i w drogę do Danii. Postanawiamy przeprawić się promem Helsingborg (SE) – Helsingör (DK), podróż przez duńskie wioski, krótki postój na turystyczny posiłek.

Docieramy do naszego hotelu Kopenhadze. Prysznic, zmiana ciuchów i przyjemny spacer do dzielnicy Kødbyen. Tutaj czekają na nas niezliczone Prosiaki. Wydawałoby się, że są chaotycznie rozstawione po wąskich uliczkach tętniącej życiem części miasta. Nic bardziej mylnego. Każdy samochód ma swoje z góry zaplanowane miejsce. Niezliczona liczba 356tek, F-ki, G-modelle, 964 i 993. Kilka 914, a także transaxli. Przechadzamy się i podziwiamy. Najpierw kawa na pobudzenie – serwowana przez sympatycznych Niemców prosto „z silnika” ich zielonej 911-ki. Z każdą chwilą coraz bardziej jesteśmy zachwyceni prezentowanymi samochodami. Ja szczególną uwagę zwracam na srebrne Porsche o numerach WF SP550H. Numery nie są przypadkowe. To „Spyder 550” – brakujące ogniwo. Rozmawiam z projektantem i właścicielem tego auta. Andreas Mindt okazuje się bardzo sympatyczną osobą. Ten były szef designu Benleya (aktualnie szef Volkswagen’a) bardzo szczegółowo opowiada mi całą historię powstania jego samochodu. Pozwala mi nawet zasiąść za jego kierownicą. Chociaż przez chwilę mogę poczuć jego ducha.

Wśród przechadzających się gapiów wypatruję amerykańską legendę – Magnusa Walkera – krótka rozmowa i wspólne zdjęcie.

Odbieramy gadżety dla naszej załogi i dalej podziwiamy zaparkowane dzieła sztuki z Zuffenhausen. Czas wracać do hotelu, jutro przed 6:30 musimy być na lotnisku – miejscu zbiórki wspólnego przejazdu uczestników imprezy do Szwecji.

Pobudka, owoc na drogę i jazda. Przez 6:30 jesteśmy w umówionym miejscu. Nie jesteśmy pierwsi, przed nami dotarło tu ponad dwieście chłodzonych powietrzem Porschaków! Ruszamy w kierunku mostu nad Sundem. Cała przeprawa liczby prawie 16km, składa się z: mostu o długości 7845 m (zlokalizowany w granicach Szwecji i Danii), sztucznej wyspy Peberholm o długości 4050 m i tunelu Drogdentunnelen o długości 3510 m. Kawalkada samochodów podąża w kierunku słońca. Widoki i wrażenia pozostaną w mojej pamięci do końca życia. W Szwecji nawrotka i z powrotem do Danii. To przeżycie warte jest każdych pieniędzy dla pasjonata Porsche. Jako iż impreza formalnie rozpoczyna się o godz. 10.00 postanawiamy wrócić do naszego hotelu na śniadanie 🙂

Meldujemy się przy bramie wjazdowej na nieczynne (zabytkowe) lotnisko Kopenhaga-Kastrup od ulicy Vilhelm Latritzen Alle. Jest problem! Duńczycy twierdzą, że mają komplet! Na szczęście pojawia się uśmiechnięta Kalifornika, a za chwilę Patric Long i mówi nam, że ma dla nas miejsca na trawie – pod drzewami! Cudownie, tego dnia temperatura dochodzi do 30oC, cień jest dla nas wybawieniem.

Centralne miejsce zajmuje wystawa modeli Turbo z okazji 50-lecia prezentacji 911 z doładowaniem. Pięknie odrestaurowane hale skrywają pierwsze modele Porsche: 356 i 550. Moją uwagę zwraca klasyczna 911 w stylu Rally. Rozmawiam z jej właścicielem Larsem Lorneren, który to zdobył II miejsce w liczącym 14.000km rajdzie Pekin-Paryż. Opowiada o wyznaniach jakie musiał wraz ze swoją żoną (była jego pilotką) pokonać podczas tego morderczego rajdu.

Około godziny 17.00 Terminal Vilhelm Lauritzen pustoszeje. Ostatnie zdjęcia pamiątkowe z Magnusem Walkerem. Rozmowy z osobami, które podobnie jak my postanowiliśmy zostać na miejscu i w spokoju pooglądać zaparkowane „jednorożce”.

O 19.00 zaczyna się piknik w duńskim stylu: piwo + hot-dogi 🙂

Niedziela, to czas powrotu do domu. Ja samolotem do Krakowa, a Rafał (właściciel 964) promem. Ale mamy jeszcze kilka godzin czasu. Wykorzystujemy go na szybkie zwiedzanie miasta. A jak najlepiej to zrobić mając mało czasu? Oczywiście najlepiej od strony wody. Wybieramy rejs statkiem spacerowym, który zabiera nas w podróż kanałami Kopenhagi. Jest oczywiście i syrenka. Na lunch były „podobno najlepsze na świecie hamburgery” na stacji benzynowej – „Gasoline Grill” przy Landgreven 10. Transfer na lotnisko, długie czekanie i powrót do Polski.

Będąc drugi raz w tym roku na imprezie Luftgekühlt teraz już wiem dlaczego są one kultowe!

Festung Przemyśl – śladami Szwejka

Początek czerwca od kilku spędzamy na wspólnym wyjeździe ze stowarzyszeniem Pasja Porsche w rejon Podkarpacia/Bieszczad. W tym roku nie mogło być inaczej. Za naszą bazę stanowił bardzo wygodny hotel Wiki usytuowany na obrzeżach Sanoka. Cześć załóg (zwłaszcza tych z dalszych rejonów Polski) zjeżdżała już w czwartkowy wieczór.

Piątek, był pierwszym oficjalnym dniem imprezy. Tradycyjnie o 9:11 odbyła się odprawa na której został nam przedstawiony dokładny scenariusz imprezy, a także rozdane zostały pamiątkowe naklejki. Około godziny 9:44 wyruszyliśmy do Przemyśla przepiękną drogą DK28 obfitującą w liczne serpentyny – co poniektórzy z nas zaliczali je kilkukrotnie w swoich Porszakach 🙂 Na miejsce przybyliśmy grubo przed dwunastą. Dzięki uprzejmości władz miasta mogliśmy zaparkować nasze samochody pl. Niepodległości w ścisłym centrum miasta. Mieszczące się tuż obok w górującej nad terenem wieży „Muzeum Fajek i Dzwonów” stanowiło dla nas pierwszy punkt zwiedzania. Przedstawione w nim kolekcje eksponatów, a także historie związane z lokalnym przemysłem były bardzo interesujące i pouczające. Punktualnie o godz. 12.00 odtwarzany hejnał miasta zastał na tarasie widokowym wieży – uff, niezłe to było  Widok rozpościerający się z niego ukazywał piękno miasta, a także zaparkowanych poniżej naszych samochodów. Z racji liczy uczestników zlotu, zostaliśmy podzieleni na dwie grupy. Moja udała się na zwiedzanie podziemnej trasy prezentującej bogatą historię miasta. Druga grupa w tym czasie udała się na posiłek. Mniej więcej po półtorej godzinie role się odwróciły. Na zakończenie pobytu w Przemyślu czekała na nas chyba najważniejsza atrakcja – spotkanie przy pomniku dobrego wojaka Szwejka z członkiem „Przemyskiego Stowarzyszenie Przyjaciół Dobrego Wojaka Szwejka”, który to jak na pasjonata przystało, przybliżył nam wiele ciekawych faktów związanych z miastem i jego burzliwą historią. Około godziny 17.30 wyruszyliśmy przez Arłamów do szybowiska w Bezmiechowej. Jak podają liczne przewodniki to jedno z najlepszych miejsc do obserwowania bieszczadzkiej panoramy. Przybyliśmy idealnie w czasie tzn. złotej godziny – zdjęcia wyszły przepięknie, a widoki faktycznie były zapierające dech w piersiach. Wieczorem w hotelu czekała na nas pyszna kolacja, a także wynajęte specjalnie dla nas tory kręgielni. Zabawa trwała do późnych godzin nocnych. Na szczęście, w sobotę przewidziane były atrakcje bez użycia naszych samochodów.

W sobotę wcześnie rano pod nasz hotel podjechał autobus, który to zabrał nas do miejscowości Uherce Mineralne, gdzie czekały na nas „Bieszczadzkie drezyny kolejowe”. Trasa liczyła około 2,5km pod lekką górkę. Następnie drezyny zostały w sprytny sposób obrócone na szynach i dosyć sprawnie wróciliśmy na stację kolejową skąd wyjechaliśmy. Kolejna atrakcja, która czekała na nas w Uhercach to autorski browar URSA MAIOR. W sumie to dużo więcej niż browar – to lokalny ośrodek krzewiący bieszczadzką kulturę, rzemiosło i kuchnię. Podczas pasjonującego filmu o powstaniu tego ośrodka oraz ideom mu przyświecającym raczyliśmy się piwem oraz lokalnymi serami. Mi – o dziwo – najbardziej smakowało ciemne piwo „Imperium Słońca”, które leżakując 2 lata w dębowych beczkach nabrało wyjątkowej złożoności smaków i aromatów. Na obiad udaliśmy się nad Solinę, gdzie w fantastycznej restauracji „Karmnik” bardzo porządnie nas nakarmiono 🙂 Już z pełnymi brzuszkami wróciliśmy na drugi brzeg zapory, by niedawno oddaną kolejką gondolową wdrapać się na szczyt będącej na wysokości 562 m.n.p.m wieży widokowej. Przejażdżka sama w sobie robiła niesamowite wrażenie – najwyższy punkt na trasie kolei to 102m, a maksymalna odległość pomiędzy podporami (2 i 3)  – 681,67 m. Z tarasu widokowego roztaczał się przepiękny widok na jezioro i jego okolice. Dopiero z tej perspektywy można było zobaczyć jak wspaniałym obiektem jest odwiedzone przez nas poprzedniego dnia szybowisko. Szybkie lody i napoje ochładzające (a było w ten dzień bardzo upalnie) w restauracji widokowej i powrót do autokaru. Przecież czekały na nas jeszcze atrakcje wieczorne. Po krótkim czasie w hotelu na odświeżenie się i zmianę strojów udaliśmy się na wieczorną kolację i degustację do Winnicy Widokowa niedaleko Krosna. Wina z tej winnicy to pierwsza liga w Polsce! 

Niedziela to dzień wyjazdów do domu. Duża liczba uczestników rajdu zaraz po śniadaniu udała się w drogę powrotną do domów. Nam udało się jeszcze spełnić jedno z moich marzeń – odwiedziliśmy Zamek w Sanoku, w którym jest między innymi największa na świecie ekspozycja prac Zdzisława Beksińskiego, ba nawet jest jego pracownia przeniesiona żywcem z mieszkania na warszawskim Ursynowie. Jako ciekawostka dodam fakt, że przed Zamkiem stoi zaparkowana Toyota artysty. Po drodze tradycyjny obiad na „Rybiej wyspie” i zostało nam jedynie odliczanie czasu do wyjazdu z Pasją Porsche na Adriatyk.

Wyjazd uważam za bardzo udany. 993 spisało się bardzo dobrze, co stanowi dobry prognostyk przed wyjazdem na Południe Europy już za dwa tygodnie.

Optimized by Optimole